czwartek, 11 października 2012

Pop corn

Ci z Was, którzy przeczytali ten tekst na moim drugim blogu wiedzą, że poszukuję tańszych i zdrowszych alternatyw dla różnych przekąsek bez których można żyć (ale po co? ). I tak powstał np. podpiwek, który robi za sztuczne, słodkie i gazowane napoje. Dzisiejszy pop corn będzie zastępywał chipsy i inne przekąski. Co prawda nie jadamy tego dużo, ale czasem ochota staje się wielka i lecimy do sklepu po nie zdrowe i drogie "umilacze".

Moja mama swego czasu była niemalże uzależniona od prażonej kukurydzy. I wierzcie mi lub nie, ale w dzieciństwie miałam okazje próbować pop cornu w przeróżnych postaciach i w różnych sposobach przygotowanego. Dziś Wam prezentuję taki najprostszy, który mi najbardziej przypadł do gustu. Jasne, można kupić gotowy pop corn (nie koniecznie w kinie czy cyrku), ale tak jest taniej i lepiej. Można kupić paczuszki wymagające tylko włączenia mikrofalówki, ale tak jest taniej i smaczniej. Można zrobić je w sposób naprawdę light- poprzez specjalną maszynkę domowego użytku do prażonej kukurydzy (moja mama gdzieś ma taką), ale tak jest smaczniej... Trudno trochę oleju nie zaszkodzi.

gotowy pop corn











































Składniki: (na 1 dużą porcję, ok. 60 g)

  • 3 łyżki ziaren kukurydzy (specjalnych do pop cornu)
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • sól
"surowe" ziarna










































Niezbędne przyrządy: 

  • zwykły rondelek z pokrywką
  • łyżka
na gorący olej
 










































I co dalej?

Zwykły rondelek postaw na najmniejszym palniku i wlej do niego 2 łyżki oleju rzepakowego. Ustaw kuchenkę na najwyższym ogniu. Na olej wsyp 3 łyżki ziaren kukurydzy. Rozprowadź je równomiernie po całym dnie rondelka. Garnek przykryj pokrywką. Kiedy pierwsze ziarenka zaczną wybuchać zmniejsz ogień na najmniejszy. Teraz nasłuchuj, aż ziarna przestaną wybuchać, wtedy odstaw garnek z ognia. Dzięki tej metodzie liczba nie wyrośniętych ziaren będzie bardzo mała i nic się nie przypali. Podawaj ciepłe wraz z dodatkiem soli.

Pierwsze strzały!

Taki pop corn mimo wszystko jest zdrowszy od wspomnianych chipsów. Zawiera sporo błonnika, a także białko i skrobię. Nawet wersja na oleju nie jest straszna, gdyż wiesz, że oleju użyłeś tylko raz. W tym przypadku zjadasz mniej przekąsek. Czy 150 g chipsów to dużo? Dla mnie nie? A 60 g pop cornu jest dla mnie ilością wystarczającą. I co najważniejsze! Koszt takiej porcyjki to ok 40 gr (w zależności od ceny ziarenek. Przekonałam?


Pop! Pop!

środa, 10 października 2012

Cytrynowe spaghetti z kurczakiem, szpinakiem i papryką

Czasem jest tak, że masz tylko ogólny zarys dania kiedy szukasz inspiracji na obiad. Ja miałam ochotę na makaron. Koniecznie spaghetti. Najlepiej z kurczakiem i sporą ilością warzyw. Chciałam, żeby to było coś lekkiego. I zdrowego oczywiście. Bo ja sama ostatnio mam z tym kłopoty. I tak do makaronu trafił szpinak, czyli żelazo. A jak żelazo to jeszcze koniecznie witamina C, czyli sok z cytryny. I w ten sposób miałam już gotowy pomysł na obiad. Po raz pierwszy odsunęłam na bok smak, aby zająć się doborem składników, które pomogą mi w moich zakatarzonych dniach. Smak sam się stworzył. I to nawet nieźle:D












































Składniki : (4 porcje)

  • 300 g makaronu spaghetti
  • 500 g piersi z kurczaka
  • 1 czerwona papryka
  • 1 żółta papryka
  • 1 por
  • 125 g świeżego szpinaku
  • 1 papryczka pepperoni 
  • 1 cytryna
  • po pół łyżeczki bazylii, oregano, tymianku
  • 2 łyżki oleju
  • sól, pieprz
  • szklanka wody z gotowania makaronu
  • dodatkowo: parmezan do posypania 











































I co dalej?:

Pierś z kurczaka umyj, osusz, odkrój nieciekawe elementy. Pokrój ją w kostkę. Cytrynę wyparz i otrzyj z niej skórkę. Dodaj ją do kurczaka wraz z przyprawami, solą, pieprzem i olejem. Wymieszaj dokładnie i tak zamarynowanego kurczaka odstaw do lodówki na godzinę. 

Wszystkie trzy papryki umyj i usuń gniazda nasienne. Pokrój w paski. Pora (białą cześć) pokrój w plastry. Ze szpinaku usuń ogonki i dokładnie umyj pod bieżącą wodą. 

Makaron ugotuj al' dente z dodatkiem oleju i soli. Pozostaw szklankę wody z gotowania spaghetti. Na patelni podsmaż kurczaka, aż przestanie być surowy. Przełóż do miseczki i na tej samej patelni podsmaż papryki i pora. Smaż na małym ogniu, aż papryka będzie miękka i chrupiąca zarazem. Po tym czasie dodaj kurczaka i podsmażaj jeszcze 2 minuty. Ugotowany makaron przełóż z powrotem do garnka, w którym się gotował. Dodaj szklankę wody z gotowania makaronu i ustaw najmniejszy ogień. Do garnka dodaj porwany szpinak. Mieszaj ciągle, aby nic się nie przypaliło. Trzymaj na ogniu, aż szpinak straci swoją objętość. Kiedy będzie już gotowy całość skrop sokiem z połowy cytryny i dodaj resztę warzyw i kurczaka. Podawaj posypane startym parmezanem.


wtorek, 9 października 2012

Pieczone pierogi z pikantnym nadzieniem z mintaja

Po trzech tygodniach udawania, że wszystko ze mną w porządku muszę przyznać się do porażki. Choróbsko ze mną wygrało. Niestety nie mogę się rozleniwić i walczyć z bakteriami (wirusami). Ale ja nie miałam tu pisać o stanie mojego zdrowia a o zrobionych przeze mnie (z pomocą Tomka) pieczonymi pierożkami. To świetna alternatywa dla tych tradycyjnych. Ich przygotowanie jest zdecydowanie łatwiejsze. Wydaje mi się także, że do tych pieczonych możemy zastosować więcej farszów. A mój pomysł na mój farsz mam stąd. Natomiast ciasto jest po mojemu:D











































Składniki: (ok. 30 sztuk)

Ciasto:

  • 1,5 szklanki mąki pszennej
  • 1,5 szklanki mąki pełnoziarnistej
  • 30 g świeżych drożdży
  • 15 łyżek letniego mleka
  • 2 jajka
  • sól, pieprz
  • suszona bazylia i oregano
  • 1 łyżeczka cukru

Farsz:

  • 4 filety mintaja (lub innej białej ryby)
  • 2 białe cebule
  • 1 papryczka pepperoni
  • 4 łyżeczki octu winnego
  • sól, pieprz 
  • olej
 Dodatkowo: 
 
  • sos sweet chilli (lub np. czosnkowy)
  • sezam
  • 1 jajko

 











































I co dalej? :

Ciasto:

Drożdże rozkrusz i rozmieszaj dokładnie w 5 łyżkach letniego mleka z dodatkiem cukru. Rozczyn zostaw na 15 minut. Po upływie tego czasu do rozczynu dodaj obie mąki, sól, pieprz, przyprawy oraz jajka i resztę mleka. Z masy wyrób gładkie i elastyczne ciasto. W razie potrzeby podsypuj pszenną mąką. Odłóż ciasto w misce pod ściereczka na 45 minut, aby wyrosło.

Farsz:

Rozmrożone filety zgrilluj na patelni grillowej, aż przestaną być surowe. Rybę przełóż do miski. Cebulę obierz i pokrój w niedbałą kostkę podsmaż ją na patelni z olejem, aż będzie szklista. Cebulę dodaj do miski z rybą. Papryczkę pepperoni pozbaw nasion i zblenderuj ją na papkę. Dodaj do reszty składników razem z octem, solą i pieprzem. Całość zblenderuj razem, aby stworzyć jednolitą papkę.



Łączenie:

Ciasto rozwałkuj (na powierzchni płaskiej posypanej mąką pszenną) na grubość 3-4 mm. Za pomocą szklanki wykrawaj z niego kółka. Na środek każdego kółka połóż łyżeczkę nadzienia. Zlep brzegi i zrób falbankę jak w tradycyjnych pierogach. Pierogi połóż na blasze z papierem do pieczenia w pewnych odstępach. Każdego pieroga posmaruj roztrzepanym jajkiem i posyp ziarnami sezamu. Pierogi piecz w temperaturze180 st. C. ok. 20 minut. Podawaj z sosem sweet chilli lub innym.










































P.S. Dziś gotuję kolejną (a może nawet podwójną) partię podpiwku. Może ktoś ma ochotę przygotować a ciągle ma jakiekolwiek pytania czy wątpliwości?



piątek, 5 października 2012

Podpiwek

Proszę o fanfary....

Dzisiaj prezentuję przepis na klasyczny podpiwek. Już nie mogłam się doczekać momentu, w którym napiszę Wam ten post. Jestem strasznie dumna z efektów tej pracy. Mimo, że lata świetności tego trunku przypadały na szarą rzeczywistość PRL'u (a mnie wtedy na świecie jeszcze nie było) to od zawsze szukałam tego smaku. Znałam go z opowieści rodziców i dziadków. Ze sklepowych półek sięgałam "napój gazowany o smaku podpiwku". Aż tu nagle tata z dumą powiedział, że bierze się za zrobienie podpiwku. Skoro on może to czemu nie ja? I tak zaczęło się przeszukiwanie Internetu i rozmowy z rodzicami mające na celu udoskonalenie receptury oraz ewentualną wymianę składników. 












































A przepis jest zacny. Prototyp wzięłam stąd. I jestem dumna. Bo wyszedł wspaniale i nie powstał z gotowych półproduktów. Ten przepis jak i ten na Imbirowe ale zawierają niewielką ilość alkoholu wynikającą z właściwości drożdży. Jednak nie jest tego więcej niż 2% i taki napój spokojnie mogą pić dzieci. Ewentualnie dorośli mogą sobie wzmocnić. Babcia powiedziała, że to podpiwek, który pamiętała sprzed 30 lat:D













































Składniki (5 litrów):

  • 5 litrów wody przefiltrowanej
  • 70 g kawy zbożowej*
  • mała garść szyszek chmielowych**
  • 400 g cukru
  • 3 g świeżych drożdży***
  • szczypta kwasku cytrynowego
  • dodatkowo: plastikowe butelki PET wraz z korkami
* Koniecznie musi to być kawa taka do gotowania. Musi zawierać słód jęczmienny. Odpadają wszystkie błyskawiczne typu Inka. Strasznie ciężko taką dostać.

** Do kupienia w sklepach zielarskich lub aptekach.

*** Nie radzę dodawać więcej.














































I co dalej?:

Wodę przefiltruj i wlej do dużego garnka. Postaw ją na największym ogniu. Wsyp kawę zbożową i szyszki chmielu. Wodę z dodatkami doprowadź do wrzenia po czym zmniejsz ogień na najmniejszy i gotuj jeszcze 10 minut. Napar nieco wystudź i całość przecedź przez bardzo drobne sito. Do odcedzonego płynu dodajemy cukier i kwasek. Mieszamy wszystko razem, aż cukier się rozpuści. Teraz wystudź napar jeszcze bardziej, tak aby był ledwo ciepły. Kiedy tak się stanie odlej pół szklanki płynu i rozpuść w niej pokruszone drożdże. Mieszaninę wlewamy do reszty przyszłego podpiwku. Teraz cały podpiwek przelewamy do plastikowych butelek (większe bezpieczeństwo niż przy tych szklanych z porcelanowo- drucianym korkiem) do 2/3 ich wysokości. Zgniatamy butelki i zakręcamy korek. Butelki trzymamy jedną dobę w temperaturze pokojowej po czym wynosimy je do zimnych piwniczek na minimum 5 dni. Napój najlepiej smakuje po min. tygodniu dojrzewania. Najlepiej smakuje rzecz jasna schłodzony. 














































Potencjalne pytania :)

1. Piszesz, że podpiwek może mieć 2% alkoholu. Dlaczego tak jest? 

Drożdże rozpuszczone w letniej wodzie z dodatkiem cukru rozkładają go i w efekcie tworzy się alkohol i dwutlenek węgla, dzięki temu nasz napój jest również gazowany. 

2. Czy drożdże w podpiwku nie będą zbyt wyczuwalne?

Spokojnie, nie będą :)

3. Jeśli chcę zrobić podpiwek wg Twojego przepisu to czemu nie mogę kupić kawy zbożowej Inki? Do czego w ogóle potrzebna jest tu kawa?

Kawa zbożowa Inka jest kawą błyskawiczną. Oznacza to, że jest gotowa po zalaniu ją wrzątkiem. Aby zrobić podpiwek potrzebujemy kawy, którą należy gotować. Wiem, że znalezienie takiej kawy w sklepie nie jest łatwe więc jeśli masz z tym problemy napisz do mnie. Kawy używamy gdyż zawiera słód jęczmienny- niezbędny do naszej produkcji. 

4. Czy dodatek szyszek chmielowych jest niezbędny?

Zdecydowanie tak! Podpiwek powinien mieć goryczkę jak piwo. Uzyskamy ją dzięki chmielowi. Nie powinno być problemu z kupieniem go w sklepach zielarskich lub w aptekach.

5. Czemu polecasz przelewanie podpiwku do plastikowych butelek? Nie lepiej będzie przelać ich do szklanych z ceramiczno- drucianym korkiem? Przecież ładniej to wygląda.

To dla bezpieczeństwa. Tak jak napisałam wcześniej w napoju stworzy się sporo dwutlenku węgla. Mógłby on wysadzić korki w takich butelkach. Poza tym eksplozja przy potencjalnej degustacji trunku gwarantowana. Jeśli użyjesz butelek plastikowych, napełnisz je do 2/3 wysokości i zgnieciesz nic takiego nie powinno się zdarzyć. Przynajmniej u mnie było wszystko OK. Mój tata użył tych szklanych buteleczek, napełnił je całe i ma sufit do malowania oraz litr podpiwku mniej :) Jeśli masz ochotę to polecam Ci schłodzić napój po okresie tygodniowym okresie dojrzewania i dopiero wtedy rozlać do szklanych buteleczek.

6. Muszę tak długo czekać? Nie da się napić podpiwku wcześniej?

Drożdże potrzebują czasu, aby sprawić, że Twój podpiwek będzie wyjątkowo smacznym trunkiem. 





Orientalna zupa ostro- kwaśna

Od dawna chodził za mną pomysł na wykonanie takiej zupy w orientalnym stylu. Chciałam, aby była w smaku właśnie ostro- kwaśna. Główna inspiracja wzięła się właśnie stąd. Jednak potrzebowałam kilku zmian. Szukałam liści limonki kaffir (i nie znalazłam). Dlatego bardzo się ucieszyłam kiedy Paulina z Kotlet.tv podpowiedziała, żeby w zamian wykorzystać po prostu limonkę. Trochę pokombinowałam i wyszła właśnie taka zupa:)

W smaku zdecydowanie ostro- kwaśna. Bardzo sycąca i rozgrzewająca. Będzie idealna na zbliżający się sezon jesień- zima. I mój Tomek bardzo ją polubił:) Dodam, że jest to moje 3 podejście do tej zupy. Dopiero teraz jest taka jaką sobie zażyczyłam.












































Składniki (4 duże porcje) :



  • 1,5 litra bulionu warzywno- drobiowego (użyłam rosołu z niedzielnego obiadu)
  • 30 g kawałek imbiru
  • 1 papryczka pepperoni
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 limonki
  • 1 pojedyncza pierś z kurczaka
  • 4 łyżki sosu sojowego
  • 3-4 pieczarki
  • 3 łyżki kukurydzy z puszki
  • pęczek dymki 
  • sól, pieprz

  • oraz: makaron chiński












































I co dalej?:

Bulion (rosół) doprowadzamy do wrzenia i wrzucamy do niego jedną wyparzoną i przekrojoną na pół limonkę. Zmniejszamy gaz na najmniejszy i zostawiamy garnek na chwilę. W tym czasie siekamy (lub blenderujemy) razem imbir, czosnek i pozbawioną pestek papryczkę pepperoni.  Tak przygotowaną mieszankę wrzucamy do garnka. Pierś z kurczaka myjemy, osuszamy i odcinamy wszelkie nieciekawe elementy. Przygotowanie mięsko kroimy w cienkie paseczki i wrzucamy do garnka. Gotujemy wszystko razem 10 minut na najmniejszym ogniu. Po tym czasie do garnka dodajemy drobno posiekaną dymkę, kukurydzę oraz pieczarki pokrojone na plasterki. Dodajemy także sos sojowy i sok wyciśnięty z drugiej limonki. W razie potrzeby doprawiamy solą i pieprzem. Podajemy z makaronem chińskim przygotowanym wg przepisu na opakowaniu.















































wtorek, 2 października 2012

' Porozmawiajmy o jedzeniu' z Wiewiórą

z bloga Dzieje kuchennej Wiewióry


























Ostatnio pomyślałam, że w blogosferze jest tyle fantastycznych blogów kulinarnych, do których prawdopodobnie nigdy nie trafię. Nieco mnie to zasmuciło. Dlatego postanowiłam raz na jakiś czas zrobić mały konkurs, w którym do wygrania będzie wywiad na łamach tego cyklu. Może jakiś interesujący bloger sam trafi do mnie.

 "  Gotowanie jest dla mnie swego rodzaju rękodzielnictwem."
 
I tak właśnie było z bohaterką dzisiejszego artykułu- Marianną vel Wiewiórą. Wiewióra nie tylko gotuje, ale też tworzy różne śliczne rzeczy. To na prawdę wszechstronnie utalentowana osoba! Dlatego bardzo się cieszę, że trafiła na mojego bloga dzięki czemu mogłam poznać jej pasje nieco bliżej.


fot. Ewa Graniak-Wosinek z bloga Dom Mokoszy.




























Paulina: Pierwszy rzut okiem na Twojego bloga sprawił, że nie mogę się nadziwić jak Ty to robisz!  Wiewiórko, proszę opowiedz nam jak udaje Ci się połączyć opiekę nad dwójką dzieci, bycie małżonką, dbanie o dom rodzinny oraz tak regularne blogowanie (i to na dwóch blogach!)? 


Marianna: To jest dobre pytanie! Często sama się zastanawiam jak ja to robię, ale myślę, że odpowiedź jest prosta: MAM GRZECZNE DZIECI! A poza tym zawsze lubiłam planowanie. Kiedy czuję, że nagromadziło mi się zbyt wiele rzeczy do zrobienia tworzę listę i odhaczam to co wykonałam. Pozwala mi to szybko i sprawnie ogarnąć mieszanie, zaplanować i przygotować obiad, upiec chlebek czy ciasto. Poza tym np. tygodniowy jadłospis planuję z wyprzedzeniem. Wiąże się to z redukcją kosztów ale i z tym, ze mieszkając na prowincji jestem poniekąd skazana na zakupy jakie Małżon robi mi wracając z pracy. Inna sprawa, że w czasie gdy pracowałam zawodowo, między jednym urlopem wychowawczym a drugim, też blogowałam, piekłam chleby również na zamówienie a dzień zaczynałam wówczas o 4.30 i kończyłam ok 23ej. Sprawia mi niesamowitą radość gdy udaje mi się pogodzić wszystko. Mogę sobie usiąść w czystym domu, z kubkiem pysznej herbaty i pajdką ciasta i zabrać się za pisanie kolejnego posta :)

 Paulina: Zauważyłam, że w ciągu roku piszesz więcej smacznych postów niż ja przez cały czas prowadzenia bloga. Skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia tych pyszności? 

Marianna: Inspiracji mam wiele. Oglądam programy kulinarne, czytam i przeglądam książki o podobnej tematyce, kupuję niekiedy magazyny o gotowaniu. Obserwuję też sporo blogów o tematyce jedzeniowej. Często korzystam z gotowych przepisów. Przeważnie jednak coś modyfikuję wg własnych upodobań czy potrzeb. A czasami inspiracją jest np. zalegające warzywo w lodówce :) 

Paulina: Piszesz, że do stworzenia bloga zainspirowana zostałaś filmem "Julie& Julia". Czy mogłabyś opowiedzieć nam coś więcej o tym jakie miałaś odczucia i plany po obejrzeniu tego filmu? 

 Marianna: Pierwszym wrażeniem było „jestem głodna!”. Na szczęście był już wieczór i brzuch miałam pełny. Zachwycił mnie klimat filmu zarówno część o życiu Julii Child jak i ta współczesna. I te potrawy… Poza tym od razu zachciało mi się pisać. Pierwotnie miałam plan na założenie własnej strony, ale nie jestem tak biegła w tworzeniu stron więc postanowiłam skorzystać z tzw. gotowca i założyć blog. Wówczas byłam nianią i mamą jednocześnie co mnie dosyć przytłaczało. Będąc w ciąży chodziłam regularnie na warsztaty ceramiczne, lepiłam, szkliwiłam, głowa pękała w szwach od pomysłów. Kiedy stałam się Wiewiórą domową zabrakło czasu na tworzenie. Potrzebowałam odskoczni i czegoś co pozwoliło by mi się samorealizować. Blog był idealną formą na połączenie tego co lubię z życiem codziennym.

Paulina:  Udało mi się doczytać, że "prototyp" Twojego bloga znajdował się na platformie Onetu. Czemu postanowiłaś przeprowadzić bloga na Blogera? 

Marianna: Onet nie dawał możliwości wprowadzania zbyt wielu zmian. Począwszy od tła, na nagłówku skończywszy. Już od samego początku miałam wrażenie, ze onetowa forma mnie ogranicza. Szukając, oglądałam inne blogi i byłam pod wrażeniem ich możliwości. Dopiero kiedy trafiłam na blogera stwierdziłam, że tu warto zostać na stałe. 

Paulina:  Gdybym miała tak piękny i wielki zbiór przepisów byłoby mi bardzo ciężko wybrać kilka tych, które mogłabym nazwać moimi ulubionymi. Jednak muszę Cię zapytać, które z potraw wymienionych na blogu przygotowujesz najczęściej. Które są wg. Ciebie najsmaczniejsze? 

Marianna:  To bardzo, ale to bardzo trudne pytanie! Kiedyś w ogóle nie potrafiłabym na nie odpowiedzieć gdyż przez dłuższy czas nie powtarzałam przepisów. Faktycznie są takie, do których wracam częściej. Pierwszym jaki przyszedł mi do głowy jest makaron jaki polecał w jednej ze swoich książek Jamie Oliver. Łączy on w sobie smak ziół, suszonych grzybów i pomidorów a wszystko splata serek mascarpone. Nietypowe i mega pyszne połączenie! Najlepsze z makaronem własnej produkcji ;)  Drugim bardzo często stosowanym przeze mnie przepisem i modyfikowanym równie często  jest przepis na chleb. Piekę go kilka razy w tygodniu, w kilku wariantach owocowych, z różnych mąk. Jest prostym chlebem zakwasowym, nie wymaga długiego wyrastania, miesza się go łyżką. Jednocześnie łączy wszystkie cechy mojego idealnego chleba. Lekko kwaskowy, wilgotny, nie kruszy się.  Przepisem, którego równie często używam jest receptura na drożdżowe ciasto. Mam taki neutralny, prosty przepis, który modyfikuję wedle potrzeb. Jest świetny do owoców, białego sera lub bakalii. Aktualnie pozmieniałam trochę skład na bez-mleczny i z jajkami przepiórczymi. Często tez robię rozmaitej potrawy z mielonego mięsa. Kotlety, klopsiki, klopsy korzystam wówczas ze sprawdzonej proporcji ale tez korzystam z propozycji zawartych w książkach kucharskich, które posiadam.  Do przepisó powyżej zaglądam najczęściej. 

Paulina: A z drugiej strony medalu... Czy na blogu są jakieś przepisy, które przygotowałaś tylko raz? 

Marianna:  Aktualnie przychodzi mi tylko jeden przepis do głowy. Są to ponoć węgierskie knedle, które zrobiłam raz i były obrzydliwe.

Paulina:  Droga Wiewióro, podpatrzyłam, że zajmujesz się także rękodziełem. Tworzysz naprawdę piękne przedmioty. Opowiedz nam o tej pasji. Co najbardziej lubisz tworzyć? W jakich materiałach czujesz się najlepiej. 

Marianna: Tak, faktycznie próbuje swych sił w różnych technikach rękodzielniczych. Tak jak wspominałam wcześniej już w czasie pierwszej ciąży a nawet jakiś czas przed nią odkryłam u siebie zamiłowanie do tworzenia ceramiki. Lepiłam naczynia, powstawała biżuteria, dobierałam kolory szkliw, wypróbowywałam różne formy, mam z tego okresu mnóstwo przedmiotów. Dawało mi to niesamowitą satysfakcję. Potem kiedy urodziła się moja córeczka nie mogłam z wielu względów wrócić do pracowni. Jednocześnie potrzeba tworzenia i głowa pełna pomysłów pozostały. Szukałam różnych rozwiązań by w domu móc oddać się jakiejś pasji. Wpierw założyłam bloga kulinarnego, potem zaczęłam odkrywać blogi rękodzielnicze a dzięki nim takie techniki jak fimo i filcowanie. Sama z koleżanką odkrywałam tajniki tych technik i metodami chałupniczymi osiągnęłam jako takie umiejętności. Nadal długa droga przede mną i wiele chcę się nauczyć. Na razie jednak, kiedy zostałam mamą po raz drugi, nie mogę pozwolić sobie na rozwój taki jak bym chciała. Oddaje się działaniom twórczym gdzieś między gotowaniem a zajmowaniem się moimi skarbami. Najchętniej nadal zajmowałabym się ceramiką i filcowaniem i mam nadzieje, że będę mogła w tych dwóch dziedzinach się rozwijać. Moje prace dostępne są na stronie Srebrna Agrafka. To co tworze można podejrzeć na moim twórczym blogu By Wiewiór. Robię rozmaite rzeczy na zamówienie. Wystarczy skontaktować się ze mną na maila by ustalić szczegóły. Zapraszam! 

Paulina: Wolisz gotować czy zajmować się rękodziełem? 

Marianna: Gotowanie jest dla mnie swego rodzaju rękodzielnictwem. Kiedy mam czas, kiedy dzieciaki pozwolą filcuję, lepię a gotuję zawsze. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Kocham robić i jedno i drugie. Najchętniej połączyłabym wszystko razem i utworzyła Dziuple Twórczą. Miejsce gdzie można by się samorealizować popijając pyszną herbatkę i racząc się wypiekami ;) A może czasem byśmy upiekli razem chleb??? 

Paulina: Ktoś musi pałaszować te wszystkie wspaniałe pyszności. Opowiesz nam dla kogo gotujesz?

Marianna: Mam wielu odbiorców :) Pierwszymi są Córcia i Małżon. To bardzo krytyczne jednostki szczególnie mój mąż, który nie lubi wielu rzeczy. Dlatego też często jemu przygotowuje osobne dania. Zaraz za rodzinką są moje kochane Psiapsiółki. One wpadają do mnie albo ja biegnę do nich by pochwalić się jakimś kulinarnym odkryciem. Nie odmawiają i chwalą, ale jeśli trzeba krytykują. Wdzięcznym obiektem dokarmiania był też swego czasu mój brat ale teraz niestety jest na diecie. 

Paulina: Lubisz kiedy ktoś gotuje dla Ciebie? Może masz taką osobę w bliskim otoczeniu, a może wszystkie potrawy gotujesz sama? 

Marianna: Oj tak! Lubię być karmiona szczególnie kiedy ktoś chce po dogadzać akurat mi i tylko mi. Niestety nie ma zbyt wielu takich osób szczególnie teraz gdy jestem na diecie, a moi rodzice nie żyją. Nie zapomnę jednak pierwszego obiadu na jaki zaprosił mnie Małżon kiedy jeszcze nawet nie myśleliśmy o małżeństwie. Podobnie było z przygotowanym przez niego Pastissio, które nie mieściło się w naczyniu i jedliśmy je kilka dni. Jednak najlepsze danie w wykonaniu mego małżonka to cielęce klopsiki z natką pietruszki w sosie pomidorowym z makaronem… Taaak! Bardzo lubię kiedy Małżon dla mnie coś gotuje choć nie do końca potrafię znieść fakt, że wygania mnie z kuchni czyli MOJEGO kąta w azylu ;) 

Paulina:  No dobrze, ale blogowanie blogowaniem (i gotowanie gotowaniem), ale chyba przyznasz mi rację, że czasem są okazje, aby wyjść do restauracji i zjeść coś co przygotuje dla Ciebie kucharz. Jakie miejsca wtedy wybierasz? 

Marianna:  Jest jeszcze wiele miejsc, które chciałabym odwiedzić. Jak do tej pory wybierałam już te kiedyś sprawdzone gdzie można porządnie i smacznie zjeść, nie narażając zbytnio kieszeni. Jednym z takich miejsc, do których wracam jest  "Co Tu"  niedaleko Nowego Światu w Warszawie. Jest to bar z kuchnią wietnamską, ale naprawdę świetnej jakości. Zawsze odwiedza go dużo klientów i czasem trudno o wolny stolik. Jedzenie jest świeże, nie śmierdzi tam zatęchłym tłuszczem i obsługa jest miła. Uwielbiam kalmary w sosie słodko- kwaśnym jakie tam podają oraz ryż z kurczakiem i orzeszkami podawany na gorącym talerzu. Marzę o wyjściu do restauracji indyjskiej ale to marzenie spełni się dopiero po zakończeniu diety ;)

Paulina: Może zdradzisz nam swoje plany dotyczące obu Twoich blogów na najbliższe kilka tygodni/ miesięcy? 

Marianna:  Cały czas liczę, że będę się rozwijała jako blogerka. Marzę o kursie fotografii kulinarnej ale to jeszcze daleka droga jako, że bycie mamą mocno mnie pochłania. Na razie skupiać się będę na prezentowaniu coraz to nowych dań oraz pokazywaniu swoich prac. Liczę, że powstanie ich w najbliższym czasie wiele. 

Paulina:  Wiewiórko, już Cię nie męczę z tymi pytaniami. Dziękuję Ci bardzo za rozmowę. 

Marianna: Ja również bardzo dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że moje odpowiedzi były satysfakcjonujące. Pozdrawiam i do przeczytania na blogu :)


poniedziałek, 1 października 2012

Prażone jabłka

Jesień już do nas zawitała. Czy się cieszę? Nie bardzo. Jest mi zimno (a ogólnie jestem zimnolubna), chodzę zakatarzona (wystarczy mi tylko zamoczyć buty podczas deszczu), ogólnie nic mi się nie chce, a lista spraw do załatwienia wydłuża się niemiłosiernie. Wszak za miesiąc przeprowadzka. Prawdopodobnie... Ale oprócz dyni daje nam jabłka antonówki, które uwielbiam.

Z racji, że Dziadek przywiózł ze sobą mnóstwo antonówek przerobiliśmy je na prażone jabłka zamknięte w słoiczkach. Idealne do szarlotki. Prezentuję Wam banalny przepis, z którego według mnie jabłka wychodzą najlepiej. Jest to receptura mojej Babci. I właśnie takie prażone antonówki smakują mi najlepiej.












































Składniki:


  • 2 kg jabłek antonówek
  • 2 opakowania galaretki (w kolorze żółtym lub zielonym)
  • 1 szklanka wody










































I co dalej?:

Jabłka obierz, usuń gniazda nasienne i pokrój na ósemki. Tak przygotowane owoce przełóż na rozgrzaną patelnię i ustaw ogień na najmniejszy. Smaż jabłka 10 minut co jakiś czas mieszając. Po tym czasie antonówki powinny się zacząć rozpadać. Wlej wtedy wodę (ona wyparuje, a proces prażenia przebiegnie sprawniej). Podsmażaj, aż ich konsystencja przybierze formę musu. Pamiętaj, aby raz na jakiś czas przemieszać zawartość patelni. Powinno to zająć ok. 30 minut. Po tym czasie do jabłek wsyp galaretki (w postaci proszku prosto z torebki). Wymieszaj wszystko dokładnie. Podsmażaj jeszcze 10 minut ciągle mieszając. 

Tak przygotowane jabłka możesz od razu zużyć (do szarlotki, naleśników lub po prostu zjeść). Jeśli chcesz zachować ich smak na zimę to zamknij mus w słoikach i poddaj je procesowi pasteryzacji.